Słów kilka jak to zaliczylem maraton w Berlinie 2011
Dodano: 06.11.2011, w kategorii: Wyzwania
Komentarzy: 4
Tagi: 38 bmw maraton berlin, berlin 2011 maraton, bieganie, maraton, maraton berliński, największy maraton na świecie

O pasji, motywacji, wysiłku, poświęceniu, walce, zdeterminowaniu i…..trochę też o maratonie.
Do Berlina przyjechałem trzy dni przed startem, aby zaaklimatyzować się i zwiedzić miasto. Stolica Niemiec zaskoczyła mnie swoim przygotowaniem dla biegaczy z całego świata, na każdym kroku można było spotkać reklamy wielkiego, niedzielnego paraliżu miasta – maratonu. Biegając szerokimi ulicami miasta mijałem się z wieloma innymi sportowcami, którzy to z uśmiechem witali się i życzyli powodzenia. To bardzo miłe widząc tak wiele ludzi skupionych w jednym celu, pokonać swoje słabości i przebiec cały dystans.
Przygotowania:
Powszechnym pytaniem, które zadają mi znajomi odnośnie maratonu to – ile się przygotowywałeś. Nigdy nie potrafiłem na nie odpowiedzieć zgodnie z prawdą – tak naprawdę zawsze sądzę, że niewystarczająco. Biegam przez całe życie, czasami mniej, czasami więcej, raz regularnie, a innym razem nie. Nie mam planów treningowych, czy specjalnej diety, czuję się dobrze i przyjemnie po prostu, gdy biegnę – nic więcej się nie liczy. Do moich dotychczasowych 3 maratonów przygotowywałem się bardziej na poważnie tak naprawdę dopiero miesiąc przed startem. To z pewnością nie jest zbyt rozważne i postaram się to zmienić następnym razem. Najgorzej było zmotywować się na regularne bieganie w okresie wakacyjnym. I to, że w upalne, letnie dni biegałem godzinami wzdłuż polskiego Półwyspu Helskiego zawdzięczam przyjacielowi, który to mnie motywował do rannego wstawania i biegania wielokilometrowych tras brzegiem morza.
3…2….1…
Na miejsce startu w Berlinie dotarłem ponad 2h przed czasem, czyli około 7 rano. Czasu było wystarczająco, aby przebrać się i znaleźć drogę na start. Zaraz oczywiście odnalazłem Polaków, którzy tak jak ja podjęli wyzwanie przebiegnięcia trasy. Jednak nie szukałem w nich kompana do wspólnego pokonywania dystansu. Od początku preferowałem samotny bieg zgodny z własnymi możliwościami i siłami. Razem z wielkim tłumem ruszyłem w okolice bramy brandenburskiej, aby ustawić się w przydzielonym rejonie. Tutaj zdałem sobie sprawę, że popełniłem spory błąd. Zostałem przydzielony do ostatniego rejonu (dla osób, których celem jest przebiegnięcie powyżej 4h 30 min i więcej). Z daleka dostrzegłem balonik peacemakerów, do których to można było przyłączyć się, aby w tym właśnie czasie ukończyć maraton. To nie był dobry punkt wyjścia, wszakże mój ostatni bieg zakończyłem z wynikiem 4h i 12 min. Moim celem było przełamanie magicznej dla mnie bariery 4h, a moje dalekie miejsce wcale temu nie pomagało.
Start dla elity odbył się o godzinie 9:00, ja z całą resztą biegaczy włączyłem stoper ponad 20 minut później. Od razu zaczęły się problemy ze znalezieniem dla siebie wolnej przestrzeni do biegania. Wszyscy biegli innym tempem, trzeba było być cały czas niezwykle ostrożnym i uważnym, aby kogoś nie potrącić przy wyprzedzaniu lub samemu nie zagradzać drogi. Przez pierwsze kilometry biegłem chodnikami i poboczami, aby szybciej mijać innych zawodników. Nie wiem z jakiego powodu, ale tak jakoś obliczyłem, że muszę biec 5:45 na kilometr, aby osiągnąć wymarzony czas. Jednak trzeba pamiętać, że bardzo niewielu ludziom udaje się utrzymać równy wynik przez cały bieg, organizm po 20, a później po 30 kilometrach już tak samo nie działa. Nogi odmawiają posłuszeństwa i samoistnie zaczynają zwalniać, a każdy kilometr to wieczność.
Dlatego też przez to początkowe ciągłe wyprzedzanie biegłem tempem 5 min na kilometr, gdy minąłem 10 kilometr w 50 minucie zacząłem zastanawiać się, czy przypadkiem nie przesadziłem i czy nie złapie mnie szybko jakiś kryzys. W każdym razie nie miałem zamiaru ani zwalniać, ani się poddać. Przez cały czas liczyłem sobie, jakim biegnę tempem, a jakim muszę biec, aby osiągnąć wymarzony czas. Pozwalało mi to zapomnieć o bólu, który tworzył się z każdym nowym uderzeniem podeszwy butów o berliński asfalt.
Run, run!
Organizacja maratonu to jedna wielka bajka organizacyjna. Wszystko dopracowane na ostatni guzik. Na siłę szukać nawet najmniejszej rzeczy, do której można by było się przyczepić. Od razu można zauważyć niemiecką solidność i pracę sztabu ludzi przez cały rok.
Wracając do biegu, mijały kolejne minuty, a ja spoglądałem na zegarek licząc ile mi zostało do końca. Minięcie balonika z napisem 4:15h to było jak znalezienie się +1000 miejsc do przodu. Dalej szukałem i biegłem coraz szybciej, aby dopiero po 30 kilometrze z daleka zauważyć upragniony żółty balonik ze sztabem ludzi chcącym osiągnąć 4h. Wiedziałem, że chcę do nich dołączyć, ale po chwili zmieniłem te zamiary. Chciałem być przed nimi z dwóch powodów, – jeśli nagle stracę siły to zawsze będę miał chwilę żeby odpocząć, a drugim powodem, że jeśli dotrwam to automatycznie znajdę się kolejne tysiąc miejsc wyżej. Innym pocieszeniem było to, że miałem dużo lepszy czas brutto niż większość z tych ludzi, którzy to wcześniej przekroczyli linię startu. Trzydziesty drugi km mijam z czasem około 3h. Już wiem, że zostało najgorsze i najprzyjemniejsze 10 kilometrów w moim życiu, przy najgorszym założeniu, że zwolnię do 6 minut do kilometr nadal uda mi się zaliczyć maraton w upragnionym czasie. Biegnę dalej mijając kolejnych zawodników, którzy wycieńczeni próbują stawiać kolejne kroki. Nie poddaje się i nie zwalniam, staram się przyspieszać i myśleć o uczuciu, które będzie towarzyszyło mi na linii metry. Mijam 40 kilometr, serce zaczyna coraz szybciej bić, a umysł szaleje. Uda się już na pewno – mam czas około 3:38 h. Słyszę okrzyki tysięcy ludzi, muzykę i tupot setek stóp wokół mnie. Kilometr przed metą przebiegam pod ogromnym napisem „You are hero!”. Nie czuję już niczego, widzę bramę brandenburską, za którą czeka mnie ostatnie 200 metrów. Przyspieszam – czuję się jakbym leciał, biegnę lewą stroną i mijam kolejnych zawodników. Meta – wyłączam stoper – 3h 48 min 28 sekund. Udało się, nowy rekord życiowy – do tego lepszy o 24 min od ostatniego. Jestem mega szczęśliwy.
Gdzie dalej?
Przez następne 2-3h próbuje zebrać myśli i odnaleźć się wraz ze wszystkimi dzisiejszymi zwycięzcami w ogromnej strefie dla maratończyków. Uzupełniam stracone kalorie owocami i powoli dociera do mnie, że właśnie udało mi się spełnić mój kolejny cel – to, jaki będzie następny?




















Daniel Barszcz napisał(a):
Gratuluje pobicia rekordu.
Jak na razie maraton przede mną.
Pozdrawiam,
Daniel
13/11/2011, 21:57
LCL napisał(a):
Ogromne gratulacje za wynik! Kurczę, sprostuj mnie jeżeli mówię źle, ale wydaje mi się po tej relacji, że mogłeś skończyć z czasem ok 3:35 nawet.. Nic nie mówisz np. o ścianie. Spory błąd techniczny (grupa 4:30 zamiast zakładanego 4:00 lub patrząc po czasie 3:45!) kosztował Cię trochę minut no ale.. O czym mowa, 11,5min szybciej od planów to ogromny sukces! Na najbliższe lata planujesz dalsze treningi i bicie tego rekordu czy raczej dajesz sobie trochę spokoju?
Pozdrowionka!
04/12/2011, 07:26
Dawid napisał(a):
Dzięki za motywację!
Pobiegniemy razem!
02/02/2012, 16:33
investor napisał(a):
szacunek za motywację i ukończenie obranego celu wiem ile pracy trzeba włożyć w przygotowania i walkę na trasie , kryzys, zmęczenie drugi oddech , wycieńczenie … czego chcieć więcej
pozdrawiam
17/02/2012, 10:14